Kawa i kawiarnie w dawnym Wrocławiu

Sposób na luksus za krajcara i dwa grosze

 

Pierwszy łyk kawy we Wrocławiu wiąże się z osobą George Hellmanna. Ten mieszczanin i kupiec wrocławski miał prowadzić w 1693 roku – rzeczą źródła – „szynk herbaty, kawy i czekolady” (Thee-, Coffe- und Chocolate-Schank) bez stosownego przywileju władz miasta. Nie jest jasne, od kiedy zaparzał napitki gorącą wodą i dlaczego bez koncesji – należy wykluczyć jednakże świadome lub celowe wejście w konflikt z prawem – być może pierwotnie zamierzał jedynie handlować tymi artykułami, by wzbogacić ofertę, cokolwiek innego sprzedawał, a życie samo napisało potrzebę serwowania owych trunków proszącym go o tę przysługę klientów. Tym bardziej, że był zapewne wtajemniczony w tajniki palenia kawy! Wydaje się to prawdopodobne, gdyż 10 lat po wiktorii wiedeńskiej Jana III Sobieskiego (1683) wrocławianie słyszeli już o kawie, gdy zaś ta pojawiła się w sprzedaży, zapragnęli poznać jej smak i sposób przygotowania. Wszak wszystko co nowe zawsze przyciąga. Wieść rozeszła się więc po mieście, Hellmann zapraszał gości w swoje progi, aż ratusz przypomniał obrotnemu szynkarzowi z wyboru, iż nie legitymuje się dla swojej nowej aktywności przepełnionej aromatem kawy wymaganym przywilejem.

            Nie czekając zwłoki, pouczony lub też wezwany przez urzędników do dopełnienia obowiązku wobec prawa – wszak płacenie należnych podatków było od dawien dawna nie tylko we Wrocławiu podstawą wszelkiej działalności gospodarczej – pierwszy kawiarz nad Odrą stawił się u władz miasta, złożył uprzejmą prośbę o uzyskanie koncesji na szynk gorących trunków i… Zaczęły się rzec można schody. Magistrat nie kwapił się bowiem z udzieleniem interesantowi przywileju, o którym sam mu zresztą przypomniał. Powiemy nieczysta gra? Niezupełnie! Zła fama kawiarni wiedeńskich, pełna mylnych i zniekształconych obrazów kulturowych, ludzkich niegodziwości i zepsucia, dotarła najpewniej wcześniej do włodarzy miasta, nim Hellmann zjawił się u nich, a cała turecka kawowa egzotyka zasiała – echem znad Dunaju – grozę na szczytach władz miejskich stolicy Śląska. Wnioskujący dowiedział się na ratuszu, że sprowadza wrocławian na złą drogę. „Próżniactwo, lekkomyślność, nierząd, bijatyki, szkodliwy luksus” – przeczytał w odpowiedzi. Całkiem poważna lista zarzutów, będąca urzędniczym wyobrażeniem o skromnym wszakże szynku kawy, herbaty i czekolady, jaki chciał tylko zalegalizować. „A więc słyszeli!?”, mógł pomyśleć. Nie trudno ulec wrażeniu o odwiecznej konieczności prowadzenia krucjaty o swoje! Wczujmy się jednak w sytuację naszego bohatera… A przecież będące wszelkim archetypem dla Wrocławia kawiarnie wiedeńskie nie były aż tak straszne, jak opacznie widziano je w stolicy Śląska oczami wyobraźni. Być może zaważyły o tym stoły bilardowe, przy których wiedeńczycy toczyli gry o wysokie stawki popijając kawę, a wrocławianie wszak nie stronili od hazardu, zwłaszcza gry w karty i kości, o czym wspomina w barwnych wersach niespełna cztery dekady później nieoceniony Johannes Sanftleben w swoim opisie karczmy wrocławskiej z 1731 roku. Obraz wielkiego świata, jakim była dla wrocławian stolica monarchii habsburskiej, znany przede wszystkim z przekazów, najczęściej opowieści kupców, budował miraże odległej nieznanej metropolii, obcej kulturowo, pełnej wyimaginowanych, a często przerysowanych odmienności, nie przystających do prowincjonalnego myślenia i wyobrażenia dalszych stron świata. 

            A przecież i wrocławska gastronomia, w której toczyło się na co dzień życie towarzyskie miasta, nie była wolna od wszelkich ludzkich incydentów pisanych nieporozumieniem, zatargiem, sprzeczką, wyzwiskiem, kłótnią, obelgą, zniewagą, pomówieniem, zazdrością, przegraną w grze stawką czy nawet bijatyką. Niższe stany społeczne spotykały się w karczmach, warzących i szynkujących chmielowy trunek na miejscu, oferujących także proste i tanie jadło. Na przełomie XVII i XVIII wieku działało ich w mieście blisko 120, a należy pamiętać, iż w owym czasie piwo było wciąż powszednim napojem nie tylko dorosłych wrocławian. Do codziennych obrazów rynku należał niejeden gałgan, szelma, awanturnik czy pospolita pijaczyna lądujący przed wejściem do Piwnicy Świdnickiej za wywołaną „na dole” bójkę, kradzież czy też próbę wyłudzenia choćby niepełnego kufla na kredyt, czego nie praktykowano pod ratuszem. Podobnie w szynkach wszelkich destylatów i likierów, z których stolica Śląska słynęła od końca XVII wieku daleko poza granicami nadodrzańskiej krainy, spokój nie był szyldem całej branży – widok upojonych tu alkoholem drobnomieszczan szukających zwady nie należał do rzadkich przypadków. Podczas tańców w gospodach niejeden bawidamek i zalotnik spotykał się z brakiem opanowania ze strony innego adoratora pięknej damy, zaś rozmowy o skandalach obyczajowych, zdradach, fortunach czy transakcjach toczone w winiarniach przy suto zastawionych stołach przez reprezentantów elit miasta i prowincji wzbudzały to zazdrość, to chęć odwetu niejednego z słuchających. A strach miał wielkie oczy – Hellmann nie wpisywał się ze swoją kawiarnią w utarty odwiecznymi zwyczajami i obyczajami świat, w którym szynk czarnego trunku mógł w opinii miejskich decydentów rozchwiać istniejący ład i sprowadzić wrocławian do niepohamowanej chęci luksusu czy też braku rozsądku przy kolejnym rozdaniu kart.

            Lecz pierwszy Coffe-Schank działał w mieście niezależnie od braku koncesji, a jego gospodarz zawnioskował w piśmie o „wyłączny przywilej” (privilegium exclusivum) parzenia gorących napitków na 10 lat. Wrocławianie rozsmakowali się więc szybko w kawie, herbacie i czekoladzie, inaczej Hellmann nie prosiłby o udzielenie monopolu na ich szynkowanie. I tu pojawił się problem – rada miasta odmówiła mu nadania zezwolenia. Nie są jasne okoliczności jego dalszych działań, a ruchu ratuszowych urzędników można się tylko domyślać. Wiadomo bowiem, iż sprawa trafiła w trybie odwoławczym do władz wyższych, reprezentujących w mieście i na prowincji koronę cesarską. Po wojnie trzydziestoletniej kompetencje samorządu miejskiego zostały ograniczone, z każdą dekadą wzmagała się biurokracja w urzędach, a miejscowi włodarze byli coraz bardziej zależni od władz centralnych w Wiedniu. W tym czasie ich przedstawicielem nad Odrą był Urząd Zwierzchni (Oberamt), który ingerował głęboko w sprawy miejskie, sprawował kontrolę fiskalną, kształtując także kierunki polityki gospodarczej i handlowej miasta Wrocławia. Nie może więc dziwić w sprawie Hellmanna zrzucenie przez radnych decyzji na wyższą instancję. Interesująca jest przy tym ich niechęć do pierwszego kawiarza w mieście, jaka została wyrażona w piśmie tam wysłanym. Jego inicjatywa zalegalizowania szynku „tureckiego trunku”, bo takie też miano nosiła początkowo kawa w tej części Europy, nie znalazła akceptacji i poparcia, a samo jej picie zostało przez nich napiętnowane jako nowy „sposób na luksus” (species exercendi luxuriam), za który kazał płacić sobie aż „krajcara i dwa grosze”. Tym samym włodarze miasta uznali, iż – było nie było – fortuna za czarkę gorącego napoju uderza w godność mieszczan i jest „wysoce szkodliwa dla ogółu mieszkańców”.

Koniec końców rada miasta ugięła się pod naciskiem władz cesarskich, a Georg Hellmann uzyskał przywilej na prowadzenie swojego Coffe-Schanku. Bywający w Wiedniu i obyci już z modą picia kawy urzędnicy Oberamtu nie widzieli najmniejszego powodu, aby odmówić koncesji obrotnemu kupcowi, a tym samym pozbawić siebie samych możliwości małej czarnej w czasie wolnym. Dodajmy w tym miejscu, w świetle źródła z 1701 roku, uważanego za pierwszą książkę adresową Wrocławia i śląskiej prowincji, Urząd Zwierzchni był bardzo rozbudowany, a jego liczni wysocy urzędnicy reprezentowali tak elity Śląska, jak i stolicę monarchii habsburskiej. Nowinki kulturowe z niej płynące – w omawianym przypadku kawa i kawiarnia, ale też moda, muzyka, tańce, kuchnia czy nowe trendy życia towarzyskiego – tworzyły w tym środowisku pragnienie i potrzebę obcowania nad Odrą z wielkim światem pisanym wiedeńską manierą i szykiem, choć przełom XVII i XVIII wieku i kolejne dekady to także czas silnego oddziaływania kultury francuskiej na kręgi szlacheckie i patrycjat dużych miast Europy północnej, stolicy Śląska nie wyłączając.

             Szynk gorących trunków Hellmanna trafił w wyobrażenia i pożądanie mieszczan wrocławskich wielkiego świata w murach miasta, a pragnienie nowości wzrastało wraz z każdym kolejnym łykiem. Nie pozostając obojętnym na ich wzrastające potrzeby pisane coraz większą znajomością trendów płynących ze stolicy monarchii habsburskiej zawitał ponownie na ratuszu w 1694 roku z wnioskiem o udzielenie mu koncesji na szynk likierów oraz pozwolenie na wstawienie do lokalu stołu do gry w bilard. Formuła kawiarni wiedeńskiej zapukała więc do bram Wrocławia w jeszcze pełniejszym wydaniu – nowy typ lokalu o wyraźnie mieszczańskiej proweniencji znalazł zatem liczne grono stałych bywalców, a wśród nich najpewniej również cesarskich urzędników Oberamtu, którzy zapragnęli w Coffe-Schanku rozrywki z nutą hazardu w tle – nie tylko z filiżanką kawy, ale też przy kieliszeczku mocniejszego trunku. Wszak w tym czasie wrocławskie likiery były znane nawet w Konstantynopolu, a do najbardziej znanych nadodrzańskich trunków należała kminkówka. Wizyta pierwszego kawiarza na ratuszu z nową uprzejmą prośbą zapewne nie wprawiła urzędników w dobry humor, a termin Biliardo – jak wówczas nazywano grę z kijem w kule – musiał wywołać poruszenie. Zbiurokratyzowani miejscy decydenci dali temu jasno wyraz w piśmie opiniującym wniosek Hellmanna do Urzędu Zwierzchniego – a więc ponownie nie czuli się kompetentni w udzieleniu przywileju – w którym donosili, iż w jego kawiarni miało dochodzić do licznych zwad i bijatyk, a podczas jednej nich gospodarz „o mało nie został zabity”. Czy doszło rzeczywiście do takiego zdarzenia – czy też miejscy urzędnicy puścili wodze fantazji? Aby zepsuć mu opinię. Dziś nie dowiemy się, jak było naprawdę, pozostaje wierzyć zapisom źródłowym.

            Te zaś milczą o tym, czy Hellmann otrzymał na ratuszu pozwolenie na bilard. Późniejsze fakty wskazują jednak, że wyjednał sobie najpewniej ową koncesję w urzędzie cesarskim. Prawdopodobnie uzyskał wówczas wyłączność na stół z kieszeniami, gdyż rada miasta odrzuciła w 1695 roku wniosek o pozwolenie na wbijanie kul złożony przez Israela Sommera, właściciela gospody Pod Złotą Gwiazdą (zum goldnen Stern), cenionego w mieście szynkarza „piw jasnych” z Berliner Weissbier na czele. Należy bowiem pamiętać, iż w czasach gdy kawiarnia zapuszczała korzenie we Wrocławiu jako nowy typ lokalu z całym swoim wiedeńskim tłem kulturowym, olbrzymią rolę w życiu codziennym odgrywały wciąż normy moralne. Nie może dziwić, że włodarze miasta stanowili o sprawach jego mieszkańców w zgodzie z własnym sumieniem i panującym w owym czasie kanonem etyki zważając, aby nie pomnażać miejsc rozrywki mogących narazić ich na utratę cnót wszelkich, dobrego imienia, honoru, mienia i zdrowia. Nawet jeśli w wielu ważnych sprawach woleli zrzucić odpowiedzialność na wyższą instancję. Należy też pamiętać, że w przeciągu niemal półwiecza po Wojnie Trzydziestoletniej do czasu zaparzenia przez Hellmanna pierwszej czarki „tureckiego trunku” i złożenia wniosku o koncesję na otwarcie Coffe-Schanku bram Wrocławia nie przekroczyły żadne zjawiska kulturowe, skutków których władze miasta tak bardzo by się obawiały. Kawa, kawiarnia i bilard burzyły bowiem istniejący od dawien dawna świat nad Odrą utrwalony odwiecznymi normami społecznymi i moralnymi – wszak luksus i wszelka pokusa były uznawane przez kościół za grzech! Możemy jedynie domyślać się, iż sankcja urzędu cesarskiego czyniła ów grzech dla władz Wrocławia bardziej znośnym, nie tak gorszącym i piętnującym. Wszak biurokraci Oberamtu tworzyli w dosłownym znaczeniu swoją normą prawną przestrzeń na ów grzech, wprawdzie potępiany przez duchownych, jednakże coraz bardziej akceptowany w świeckim systemie wartości.

            Stojąca w kontrze do decyzji władz zwierzchnich prawość radnych na niewiele się zdała w dobie wzrostu znaczenia i popularności Coffé w życiu codziennym wrocławian – jak zapisał bowiem Anton Christian Kretschmer w zaginionej dziś rękopiśmiennej kronice Breslographiae (1726), w 1700 roku działały we Wrocławiu już dwa lokale określane mianem szynku kawy. A jak mówią nam późniejsze źródła, rada miasta nie była w stanie powstrzymać nikogo nad Odrą przed chęcią picia czarnego napitku, gry w bilard i obstawiania jej wyniku. Wprawdzie jeszcze w 1706 roku odrzuciła prośbę mieszczanina Ferdinanda Fritza o przedłużenie mu koncesji na szynk kawy i herbaty wraz z grą w kule wskazując „niezliczone nieprawości” dziejące się u niego, lecz ten już rok później uzyskał pięcioletni przywilej cesarski na zawnioskowaną działalność, w którym czytamy, iż „pomieniona herbata i kawa służą zdrowiu ciała, szynk taki jest dozwolony w wielu innych miastach, a gra w bilard użyteczna dla umysłu, a także ludzkiej żywotności i jeśli tylko nie poczyni się nic karalnego, przeto stanowi przyzwoloną dla wszystkich uciechę”. Warto zauważyć w tym miejscu, że z początkiem XVIII wieku był bilard w Wiedniu już grą powszechną, obecną bez wyjątku we wszystkich szynkach kawy, będąc poniekąd synonimem samej kawiarni. Nie trudno dostrzec w argumentach Oberamtu olbrzymie różnice kulturowe, zwłaszcza zaś światopoglądowe w postrzeganiu kawy, kawiarni i gry w bilard między stolicą cesarstwa a nadodrzańską prowincją. Niemniej władze miasta zapanowały – rzec można – nad dalszą „erupcją” przepełnionego hazardem luksusu w mieście i z górą przez dekadę nie zezwalały na otwarcie kolejnych Coffe-Schanków. W 1718 roku w swoje progi zapraszały wciąż „tylko” dwie kawiarnie – Fritz parzył „turecki trunek” i herbatę przy ulicy św. Barbary (Brustgasse), a jego kolega po fachu Nikolaus Treff przy ulicy Wita Stwosza (Albrechtsgasse), prowadząc lokal przejęty po Hellmannie, który w 1706 roku również zawnioskował o przedłużenie koncesji na prowadzoną kawowo-bilardową działalność, lecz po tej dacie znika z kart historii.

            Deficyty źródłowe nie pozwalają na przybliżenie w szerszym spektrum obrazu kawiarni wrocławskich pierwszych 2-3 dekad ich istnienia. Nieliczne przekazy źródłowe wskazują wprawdzie na dużą popularność gry w bilard i związany z nim hazard prowadzący do licznych ludzkich nieporozumień, ale z pewnością ów proceder będący domeną mniej czy bardziej majętnych ludzi nie stanowił wyłącznie o ich obliczu. Bez wątpienia utrzymująca się dość długo wysoka cena za czarkę „tureckiego trunku” powodowała, iż klientelę Coffe-Schanków stanowili w większości mieszczanie, ludzie wykształceni, przedstawiciele  świata kultury, podwrocławska szlachta, a także pracownicy urzędów miejskich i prowincjonalnych, stanowiący w dużej liczbie ludność napływową w mieście. Wydaje się, iż podobnie jak w innych miastach szynkujących od przełomu XVII i XVIII wieku „turecki trunek”, również nad Odrą wstęp do kawiarni był przez pierwsze dekady zakazany dla płci piękniej. Wskazuje na to anons prasowy z 1742 roku zapraszający „panów gości” do kawiarni Ernsta Lemckego, który może sugerować, że w czasach panowania Habsburgów na Śląsku zakaz taki był wciąż obowiązujący. Słusznie wnioskuje więc Carl Gebauer w swoim artykule poświęconym życiu towarzyskiemu elit Wrocławia w XVIII wieku na podstawie pisma literackiego „Freymüthige” – dziś źródła niedostępnego – o obecności dam w szynkach kawy dopiero od piątej-szóstej dekady stulecia Oświecenia. Jeśli tak było w istocie, tym bardziej zrozumiała staje się popularność w tym czasie pośród płci pięknej trunku zwanego Damen-Caffee, obecnego na Śląsku już przed 1726 roku, będącego – jak można przypuszczać – ersatzem prawdziwej kawy w ich czarkach.

            W czasach Johannesa Sanftlebena, człowieka uczonego w prawie, mieszkającego na Nowym Targu sekretarza hrabiego von Berg, autora czterech unikalnych w swojej naturze i  przekazie rymowanek o kuchni i gastronomii Wrocławia pierwszej połowy XVIII wieku, działało w mieście już pięć Caffée-Heuse. Jak zauważał w jednym z dzieł, trafiali do nich ludzie szukający „spokoju” przy filiżance czarnego trunku, który miał wybornie „gasić pragnienie”. Lecz kawa zdaje się wciąż budziła skrajne emocje wśród wrocławian, inaczej nasz rymopis nie odnotowałby z przekonaniem, iż tych „pięciu” ją warzących „nie zdążyło jeszcze zepsuć miasta”. Poczyniona aluzja wydaje się zupełnie czytelna: głos ludu – a zapewne też władz miasta – nie potępiał samej kawy, ile wciąż piętnował grę w bilard (o czym szerzej w kolejnym rozdziale). W innym miejscu dodawał zaś ujmując trafnie wyboistą drogę kawiarzy do sukcesu: „Każda wolność musi zdobyć [...] siłę przez pieniądze”. W cytowanym dziele Sanftleben wymienia Caffée Imperial, pierwszą znaną z nazwy kawiarnię Wrocławia – niestety brak jakichkolwiek innych wskazówek źródłowych nie pozwala umiejscowić jej dziś na mapie miasta. Dodajmy jeszcze dla pełnego obrazu – w ówczesnych szynkach kawy lano gościom na życzenie także mocne trunki z likierami na czele, bowiem czysta aqua vita była domeną szynków działających przy gorzelniach. Nadto kawiarze serwowali herbatę i czekoladę. Spośród uznanych w mieście gatunków herba thea Sanftleben wymienia Káyser-Thee oraz Thee-Boy, z kolei chocolatum miała, jak przekonywał, „wzmacniać odwagę”.

W świetle dostępnych źródeł jeszcze przed przejęciem panowania na Śląsku przez Prusy (1741) kawa wydaje się być coraz powszechniejszym napojem, pijanym nie tylko w szynkach z filiżanek, ale też przy domowych stolikach wśród bogatych mieszczan, na co może wskazywać wzrost podaży i rozwój technologiczny piecyków do palenia jej ziaren (Ofen zum Coffee-Brennen). Wraz z pomnażaniem się jej popularności następowały zauważalne przez współczesnych zmiany kulturowe w życiu codziennym wrocławian przejawiające się m.in. porzucaniem „starych” nawyków. Zwraca na to uwagę m.in. Christian Stieff, poeta, pedagog, historyk i bibliotekarz, od 1717 roku rektor gimnazjum św. Marii Magdaleny we Wrocławiu, od 1734 roku rektor tutejszego gimnazjum św. Elżbiety, członek Berlińskiej Akademii od 1719 roku, który pisał na ten temat w dziele historiograficznym Schlesisches historisches Labirynth (1737): „Kawa nie jest już niczym szczególnym wśród ludzi zamożnych i nie mniej popularna wśród rzemieślników; wydaje się na nią rocznie duże sumy pieniędzy, w przeciwieństwie do naszych kochanych staruszków zadowalających się wciąż ich ulubionym oliwionym grzanym piwem”. W innym miejscu zauważał zaś: „Nawet większość medyków poleca jako pożyteczne picie filiżanki kawy po obiedzie wszystkim, których na to stać”. I dodawał w komentarzu: „Sic tempora mutantur!” (czasy się zmieniają).

Odzwierciedlenie procesu upowszechnienia i dostępności kawy w ostatnich dwóch dekadach pierwszej połowy XVIII wieku, tak we Wrocławiu, jak i okolicznych wsiach, odnajdujemy również we wstępie powieści podróżniczej Samuela Klennera z 1751 roku. Ten pochodzący ze Ścinawy rzemieślnik białoskórnik podjął ponad trzy dekady wcześniej podróż czeladniczą po Europie Zachodniej i Środkowej, którą w lipcu 1724 roku przerwał w Toruniu za sprawą wydarzenia zwanego tumultem toruńskim, a więc zamieszek, które wybuchły między miejscowymi katolikami a protestantami na tle nietolerancji religijnej pierwszych z wymienionych. Zwracając uwagę na zmienność współczesnego mu świata i potrzebę utrwalenia jego obrazu potomnym pisał o kawie nad Odrą w odniesieniu do przedmieść Wrocławia: „Nawet dziś szynki wiejskie są bardziej eleganckie [w oryginale ‘galanteryjne’ – przyp. aut.] niż największa kawiarnia wenecka; chłopi (przynajmniej ogrodnicy z okolic Wrocławia) czytają gazety, noszą ze sobą tabakę, piją kawę w kawiarni, której nie słodzą cukrem, a korzeniem lukrecji”.

Poczynione przez Klennera porównanie do kawiarni weneckiej jest dalekim echem wydanej w 1698 roku książki Das Courieuse Coffee-Haus von Venedig, będącej przez lata bestsellerem wydawniczym wśród koneserów czarnego trunku, dziełem kształtującym nie tylko nad Odrą wyobrażenia o lokalach szynkujących nektar Lewantu przez pryzmat miasta uważanego od około połowy XVII wieku za europejską stolicę kawy. Autor dzieła – Philipp Balthasar Sinold von Schütz (1657-1742), pisarz, satyryk, autor pieśni, teolog i prawnik, urzędnik kilku dworów książęcych, autor wielu prac o tematyce historycznej i religijnej – odbył za młodu długą podróż po Półwyspie Apenińskim, odwiedzając kilka miast, w tym Wenecję, służąc przez dwa lata we Florencji w kawalerii gwardii Wielkiego Księcia Toskanii Kosmy III Medyceusza. Pobyt u stóp Apeninów pozwolił mu na niemal codzienne obcowanie z czarnym napitkiem, wokół którego ukształtowała się już w dużych miastach słonecznej Italii kultura dnia codziennego. Swoje obserwacje, doznania i refleksje wynikające z fascynacji i zamiłowania do picia kawy przelał w dziele będącym opisem doświadczeń i osobistym sposobem patrzenia na świat ukształtowanym podczas podróży i służby na obczyźnie. Trudno dociec, czy ścinawski białoskórnik był aż tak oczytany i jego dygresja wynikała z lektury dzieła Sinolda von Schütza – bardziej prawdopodobne wydaje się, iż w temacie „kawiarni weneckiej” polegał na wiedzy zasłyszanej. Przywołane przez niego kawowe realia peryferii stolicy Śląska połowy XVIII wieku były więc dalekie od rzeczywistości, literacko przerysowane, by wspomnieć tylko korzeń lukrecji – używany wówczas do słodzenia kawy w Europie wyłącznie przez ludzi bogatych – lecz z drugiej strony stanowią widomy znak codziennej już obecności, ale też prestiżu „tureckiego trunku” wśród wszystkich, którzy go pijali nad Odrą.

W omawianym fragmencie wstępu powieści ścinawskiego białoskórnika odnajdujemy krajobraz przedmiejskiej gastronomii Wrocławia, której kawa nie była już obca. Wprawdzie pełne jej aromatu „szynki wiejskie”, o których wspomina, należy traktować jako stylizację narracji, to jednak kryje się w nich ziarno prawdy. Klenner nie znał z autopsji okolic miasta, przedstawiał jedynie obraz zasłyszany, bowiem w tym czasie szynki takie nie parzyły gościom czarnego napitku. Niemniej wrocławianie, podobnie jak wspomniani „ogrodnicy”, pijali kawę poza murami stolicy Śląska, wybierając stoły tzw. ogrodów (Garten). W stuleciu Oświecenia ten typ lokali przeżywał nad Odrą nieprzerwany rozwój, stając się z czasem synonimem kawy na przedmieściach, przyjmując w ostatnich dekadach XVIII wieku miano ogrodów kawowych (Caffee-Garten), które były chętnie wybieranym kierunkiem spacerów. Zwłaszcza w niedziele całych rodzin – o czym szerzej w jednym z kolejnych rozdziałów. A co najważniejsze, nie miały one nic wspólnego z wiejskimi karczmami. O ogrodach wspomina w jednej z rymowanek Johannes Sanftleben, kreśląc ogólny ich zarys – z innych zaś źródeł wiadomo, iż trzy, cztery dekady później były już niemalże świątyniami wielbicieli czarnego napitku. Być może gospodarze ogrodów parzyli już gościom kawę, gdy sekretarz księcia von Berg wydawał swoje wierszowane utwory. Pewną przemawiającą za tym przesłanką jest tworząca się w tym czasie wśród płci pięknej kultura tzw. wianuszków (Kränzchen), czyli regularnych spotkań pań w ogrodach w większym gronie, podczas których to śpiewano, to plotkowano, to rozmawiano o życiu, sprawach rodzinnych, ale też modzie, muzyce i tańcach, skandalach i innych miejscowych sensacjach. Zapoczątkowany i utrwalający się być może już w czasach Sanftlebena kanon i styl życia pań z filiżanką kawy w przedmiejskich ogrodach – z przyczyn obyczajowych nie mogły przekraczać progów kawiarni miejskich pełnych męskich spraw – możemy scharakteryzować współczesnym pojęciem en vague. Samo zaś picie czarnego trunku stawało się z wolna nie tylko wśród płci pięknej obowiązkiem towarzyskim, kto zaś go dopełniał, miał prawo otaczać się aurą przynależności do kręgu wtajemniczonych niezależnie od celu i formuły spotkania. Jednak żadne inne źródła nie potwierdzają tych przypuszczeń, a cytowany rymopis nie wspomina wszak o kawie w ogrodach, co wszakże mogło wydawać mu się oczywistością i z tej przyczyny „przemawiając” do czytelnika nie wspomniał o winie lewantu w tych przedmiejskich lokalach.

Początki panowania pruskiego na Śląsku (1741) przynoszą kilka pełniejszych obrazów kawiarni wrocławskich, utrwalonych raptem w jednym, lecz wiele mówiącym przekazie źródłowym. Atmosfera w nich panująca była już daleka i odmienna od przepełnionych wcześniej zgiełkiem hazardu wizyt mniej czy bardziej majętnych gości spragnionych nie tylko kilku łyków czarnego napitku, tudzież mocniejszych trunków, co przede wszystkim żądzy wygranej. Wydaje się, iż gra w bilard uległa ucywilizowaniu w latach poprzedzających hołd stanów śląskich złożony „nowemu” władcy Fryderykowi II (o czym w kolejnym rozdziale), przez co wrocławskie Coffee-Häuse – jak nazywał je Sanftleben – utraciły swój od dawna utrwalony w mieście negatywny wizerunek. W maju 1742 roku na łamach „Schlesische Privilegirte Staats-Kriegs- und Friedens-Zeitung” ukazał się wiele mówiący anons wspomnianego już Lemckego, pierwszy w dziejach Wrocławia reklamujący kawiarnię, który zdradza nam wiele szczegółów panującej wówczas nad Odrą kultury i obyczajowości wokół czarnego napitku. Czytamy w nim: „Jako że Georg Ernst Lemcken, cieszący się królewskim przywilejem kawiarz, otwiera ponownie swój Coffee-Haus na Albrechts-Gasse, przeto przekazuje się do publicznej wiadomości, a zarazem prosi uprzejmie, by nie stronić łaskawie od jego progów, w których nie powinno zbraknąć panom gościom wszelkiej przyjemnej atmosfery”. Tytułujący się mianem Coffetier Lemcken nie czynił oficjalnie zapraszanym do siebie wielbicielom kawy różnic stanowych, choć użyty w treści anonsu termin „panom” może z jednej strony wskazywać na taki stan rzeczy, lecz z drugiej na wyłącznie „męskie” towarzystwo, które chciał u siebie obsługiwać, a co za tym idzie, obowiązujący wciąż płeć piękną zakaz wstępu do kawiarni. Dostępne źródła nie pozwalają na rozstrzygnięcie tych uwarunkowań kulturowych w realiach Wrocławia i w odniesieniu do omawianego Coffee-Hausu, przy czym nie można ich wykluczyć. Lemcken informował o ponownym otwarciu swojego lokalu, co może wskazywać na odnowienie koncesji lub na rozpoczęcie działalności w sezonie wiosenno-letnim. Drugi przypadek wskazywałby, iż prowadził swój szynk kawy tylko przez część roku kalendarzowego, a więc w miesiącach ciepłych, co mogło mieć miejsce choćby z uwagi na warunki lokalowe. Nie anonsowany bilard może z kolei sugerować formułę kawiarni zorientowaną na klientelę, dla której wbijanie kul do kieszeni nie odgrywało aż tak istotnej roli w życiu towarzyskim, poszukującej spokojnych miejsc spotkań, służących niegłośnej rozmowie, lekturze, ale też możliwości pracy twórczej piórem. Zresztą Lemcken zapraszał w swoje progi w czasie, gdy nowe władze pruskie zakazały w kawiarniach i innych lokalach gastronomicznych gry na pieniądze pod groźbą surowej kary, przy czym nie samej w nich obecności stołów bilardowych.

Tekst © Grzegorz Sobel, kopiowanie i udostępnianie bez zgody autora zabronione.

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl